Geoblog.pl    Wjkrzy    Podróże    Birma    Jak naprawdę jest w tej Birmie?
Zwiń mapę
2019
28
sty

Jak naprawdę jest w tej Birmie?

 
Birma
Birma, Mandalay
POPRZEDNIPOWRÓT DO LISTYNASTĘPNY
Przejechano 9238 km
 
Niemal wszyscy ostrzegają, Birma, zaniedbany, biedny kraj. Piękne zabytki, ale … reszta zupełnie niegodna uwagi. Brzydko, szaro, biednie aż piszczy, zero infrastruktury, internet w zasadzie nigdzie nie działa, marne hotele, wszystko marne.
Dziś zobaczymy, na ile obiegowe opinie są zgodne z prawdą. Ale najpierw, skutek zmiany czasu o sześć godzin, rzucam się na łóżku i nie mogę zasnąć, a trzeba wstać o siódmej (jak dla nas to wyczyn). Gosia zasnęła, ale po dwóch godzinach wstaje i pyta się, czy już jedziemy? Nie było rady, chemia na całego i wreszcie odpływam.
Nie minęła chwila, dzwoni budzik, tym razem rzeczywiście już trzeba jechać. Dzwoni drugi budzik, ktoś puka do drzwi. Tak w New Siam 2 wygląda budzenie, bo telefonów w pokojach już dawno nie ma. No to „chętny” z recepcji musi latać rano po piętrach.
Było jak wojsku, pięć minut na mycie, razem z goleniem. Wskakuję w ubranie i lecę do 7/11 po kawę, przypominam, że po raz pierwszy nie zabrałem ze sobą grzałki. Wracam, pakuję co zostało na wierzchu i za dziesięć ósma jesteśmy już w recepcji. Taksówka też jest. I wiecie co, zawsze trafia, a do nas w Warszawie na Pachnącą 81 nigdy. Może dlatego, że w Polsce taksówkarze też wstali z kolan. Tu jeszcze nie, więc są zawsze tam gdzie trzeba i to przed czasem. To ja już wolę kraje mniej od nas rozwinięte.
Na Don Mueng jak zwykle, prawie godzinę drogi. Z czego większość w korku na dojeździe do autostrady, potem już mkniemy jak strzały z Tajskich łuków. Czy Tajowie mają łuki? Bez znaczenia. Pamiętajcie, że zawsze trzeba mieć margines czasu, im większy, tym lepiej. Dziś była koszmarna kolejka do odprawy bagażu, w końcu to poniedziałek rano, na lotnisku ruch naprawdę duży. Margines zużyty, ale dalej wszystko z planem. Okrętujemy się i odlatujemy o czasie. Za nami siedzi cała Polska wycieczka, trochę gadamy, jemy zamówiony brunch (Gosia wyjadła lazanię do czysta, jak kurczaka według Kung Pao też.
I już schodzimy do lądowania w Mandalay, jestem coraz bardziej podekscytowany, przed nami „dziki kraj”, nie wiadomo co nas tam czeka. Lotnisko miło zaskakuje, małe, ale bardzo eleganckie, czyste i w sumie, dokładnie takie, jakie powinno być w mieście wielkości Mandalay. Odprawa w miarę sprawna, tylko uwaga, koniecznie trzeba mieć ze sobą wydruk promesy wizowej. Sprawdzają też walizki, celnicy oczywiście, ale tylko maszyną, i już jesteśmy w Birmie.
Następna uwaga, w przeciwieństwie do wszystkich innych krajów, gdzie byliśmy, tu kursy walut na lotnisku są najwyższe. Dlatego wymieniam ile mogę, taki chytry się zrobiłem. Będzie „na bogato”, mam dziewięćset tysięcy kyatów, cały gruby plik mamony. Bardzo pani w kantorze podziękowałem, że zrobiła ze mnie takiego bogacza.
Pierwszy kontakt z Birmańczykami potwierdza obiegową opinię, są przemili, spokojni i uśmiechnięci. No fajnie jest na początek. Przed lotniskiem stoją taksówki, ale bez „kogutów”, często bez żadnych napisów, nie wygląda zachęcająco. Poza nami plącze się kilka osób z naszego samolotu i równie mało miejscowych, cisza, jak makiem zasiał. Słowo prowincja, samo ciśnie się na usta.
W hali jest taxi-counter, tam można wybrać, czym się jedzie. Sknerusy, takie jak my, wybierają opcję „sharing bus” za pięć tysięcy od osoby, czyli niecałe piętnaście złotych. Zaraz odjeżdżamy, jest nas, oprócz kierowcy, pięć osób.
Gdy tylko wjeżdżamy na drogę, od razu lądujemy w trzecim świecie. No może dwa z kawałkiem, bo jednak cały czas droga jest albo asfaltowa albo betonowa i to dwujezdniowa. Ale na tym zalety się kończą, wybojów ci u nich dostatek, więc co chwilę musimy zwalniać, żeby zawieszenia nie zgubić. Ale bez przesady, dobrze jest.
Krajobraz chwilami, jak na Mazowszu, gdyby nie kępy palm, wygląda jak w centralnej Polsce. Pola, kępy drzew, płasko, żadnej egzotyki nie widać. Ale łaciatych krów też. Gdy pojawiają się zabudowania, a potem, gdy już wjeżdżamy do Mandalay, znów jestem zaskoczony.
Na razie wygląda to mniej więcej tak samo, jak w innych krajach południowo-wschodniej Azji. Owszem Bangkok robi oszałamiające wrażenie, ale już wszystkie inne miasta nie. Mandalay jest bardzo podobne, taka sobie zabudowa, nic pięknego, ale żeby szok? Miasto jak miasto, żadnej skrajnej nędzy nie widać.
Hotel Sanctuary stoi przy głównej ulicy, numer 78. Ulice w Mandalay są numerowane a całe centrum zbudowane na planie prostokąta, moja nawigacja znów nie działa, ale nie będzie takiej potrzeby. Na pewno się nie zgubimy. Nie jest wystrzałowo, od nowości budynku trochę czasu minęło. Powitalna szklaneczka niezawodnego „Tanga” też nie powala. Na dodatek pokój jeszcze nie gotowy. Ale za to obsługa. Takiej dozy bezinteresownej miłości nie dostaliśmy dawno, żeby jeszcze tak dziwnie nie mówili po angielsku. Stoi przede mną jakiś dorosły chłopiec, i coś śpiewająco szepcze. No, ale oni tu tak mają. Na pewno nie wydzierają się jak Polacy a żeby ktoś się zdenerwował, do wieczora nie widziałem.
Pokój, za dwadzieścia siedem dolarów zachwyca. Za te pieniądze w New Siam 2 nie wytrzymuje porównania, do tego jeszcze dochodzi obfite śniadanie. Duży, ładny i bardzo funkcjonalny. Łóżko jak w Azji, duże i twarde. Cały regał z szafami, szufladami i półkami, Pod drugą ścianą mniejszy, z porządnym kolorowym telewizorem LCD. Łazienka przestronna i dobrze urządzona. Zestaw kosmetyków imponujący, jakość co prawda adekwatna do ceny i miejsca, ale jest tych pudełeczek mnóstwo. Nawet maszynki do golenia i zestaw do szycia. Ogromny plus, stosunek jakości do ceny imponujący. Kolejne miłe zaskoczenie.
Idziemy „w miasto”. Na początek rzucają się w oczy chodniki, chyba jeszcze gorsze niż w Egipcie. Gorsze, bo co parę metrów są wielkie dziury z wodą w środku, nie można wzroku odwrócić, bo nieszczęście gotowe. Czegoś takiego w życiu nie widziałem.
Po sieci krążą legendy, że w Birmie przechodzenie przez ulicę to śmiertelna zabawa. Po tym, co przeżyliśmy w Ho Chi Minh, nie jest tak źle. Nieprawda, że jeżdżą przez czerwone światła, przynajmniej nie w Mandalay. Oczywiście piesi muszą ustępować wszystkim miejsca, a pędzące pojazdy nawet nie hamują na widok pieszego na jezdni. Ale bez przesady, dajemy radę bez żadnego problemu. Tylko naprawdę trzeba bardzo uważać.
Pierwszy sklep, pierwsze zakupy. Gosia kupuje za trzy tysiące dwie pary „firmowych” okularów, i jeszcze dostaje dwa futerały, szmatkę i płyn do czyszczenia gratis. Za dyche? No. Tego jeszcze nie było. W następnym torebki, wybór i marki, jak na Polach Elizejskich. Ceny? Nawet nie pytajcie, bo wstyd opowiadać. Moja żona mało nie eksploduje, tak dobrze jeszcze nie było, nigdzie. Czegoś takiego się spodziewałem, ale i tak jestem zszokowany.
Dalej jest podobnie. Tylko w galeriach jest sporo drożej, tym niemniej i tak dość tanio. Tym niemniej wypadamy z „malla”, bo będziemy „przepłacać”. Jak tak dalej pójdzie, to mój żart z lotniska, gdy po wymianie pieniędzy stałem się bogaczem, wcale się żartem nie okaże. Dobrze, ze mamy puste walizki. A Gosia jest cała szczęśliwa, już ją Birma zauroczyła
Tak się zauroczyła, że poprosiła Panią w kolejnym sklepie z torebkami, są ich setki, o pomalowanie twarzy po Birmańsku. Już samo malowanie wzbudziło sensację, a co dopiero widok białej turystki, z całą twarzą w żółte, pudrowe wzory. Wszyscy się na ulicy oglądali, nie tylko oglądali, ale też pozdrawiali. W ogóle ludzie tu są naprawdę fajni. Kolejny duży plus.
Są też minusy. Miasto rzeczywiście jest brzydkie, ot miasto, jak miasto. Ale cała infrastruktura dla coraz liczniejszych turystów dopiero się tworzy, dlatego nie ma tu tak typowych dla Bangkoku ciągów sklepów i knajp. Tych ostatnich w zasadzie nie ma. A my robimy się głodni. Udało się znaleźć spory sklep spożywczy, obficie zaopatrzony, to zakupy zrobiliśmy okazałe. Znów tanio.
Nie doszliśmy do bazaru, bo to kawał drogi. Gdyby iść normalnie, to by tak źle nie było, ale wliczając w to wchodzenie do każdego sklepu, robi się to bardzo męczące. I głód zaczyna doskwierać. A knajp jak nie było, tak nie ma. Zaczynam być zdesperowany, ale jak to zwykle, w takich sytuacjach, trafiamy w końcu na miejscowy pub, który wygląda zupełnie przyzwoicie i siadamy.
W pubie pełno Birmańczyków, oprócz szefowej Sali i mojej żony, innych kobiet nie ma, sami faceci. I piwo lejące się strumieniami. Czy będzie coś do jedzenia? Było, i to dużo. A jak będzie smakować? Dowiemy się, jak spróbujemy, obsługa po angielsku zdecydowanie nie. Dobrze, że karta jest po Birmańsku, Angielsku i po Chińsku.
W Mandalay serwują jedzenie z kuchni Shan. Zupełnie inne niż w Tajlandii. Inaczej robią warzywa, na miękko, inaczej stosują przyprawy, więc też zupełnie inaczej to smakuje. Zobaczymy, co będzie dalej, ale kolacja była absolutnie znakomita. Porcje ogromne a ceny? Za dwa dania, duże piwo i wodę zapłaciłem trzynaście tysięcy, czyli niecałe czterdzieści złotych. Biorąc pod uwagę, że porcje były ogromne, to naprawdę niewiele.
I tak nam się ten pierwszy dzień w Birmie zakończył, zmęczeni wróciliśmy do domu, Gosia po drodze jeszcze tylko „pojmała” torbę Chanel i wracamy do domu. Wieczór spędzimy w hotelu, jutro ciężki dzień. Najpierw jedziemy na wycieczkę po najważniejszych zabytkach w mieście a wieczorem chyba jednak podejmiemy wyzwanie i pójdziemy na nocny market. Ma być przecież jeszcze taniej. O ile to w ogóle możliwe. Chyba jednak tak, bo papierosy kosztują tu dwa złote, i to z akcyzą.
Pierwsze wrażenia? Nie taka Birma straszna, jak ją malują. A wprost przeciwnie, jest bardzo fajnie, bardzo miło i bardzo tanio. I na dodatek internet w pokoju hula piętnaście megabitów na sekundę. Po raz kolejny się okazało, że nie warto słuchać malkontentów, którzy wszystko wyolbrzymiają. Pierwszy dzień wypadł zdecydowanie na korzyść Birmy. Gosia już kocha ten kraj, no bo gdzie można taką torbę Gucciego, za takie drobne przytulić?



 
POPRZEDNI
POWRÓT DO LISTY
NASTĘPNY
 
Zdjęcia (4)
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
Komentarze (1)
DODAJ KOMENTARZ
Ilona
Ilona - 2019-01-28 16:21
Super detale Włodziu, pisz pisz, przyda się nam porządne info na wyjazd kiedyś tam ;) Kuchnia birmańska.. jedliśmy kiedyś w birmańskiej knajpce w Taj i powiem, że było bardzo smacznie, z tego co pamiętam dużo limonki dodawali. PS. Gosia, dałaś czasu na śniadaniu!
 
 
Wjkrzy
Włodzimierz Krzysztofik
zwiedził 12.5% świata (25 państw)
Zasoby: 390 wpisów390 253 komentarze253 3081 zdjęć3081 34 pliki multimedialne34
 
Moje podróżewięcej
18.04.2019 - 20.04.2019
 
 
25.01.2019 - 09.02.2019
 
 
29.12.2018 - 01.01.2019