Geoblog.pl    Wjkrzy    Podróże    A w Hong Kongu    Pora deszczowa
Zwiń mapę
2017
20
lip

Pora deszczowa

 
Tajlandia
Tajlandia, Lanta
POPRZEDNIPOWRÓT DO LISTYNASTĘPNY
Przejechano 9933 km
 
Moon Sun tu jest, to pierwsze,co zobaczyłem po odsłonięciu okna. Całe niebo pokryte ciemnymi chmurami w kilku warstwach. Najniżej nas niewielkie i mocno ciemne pomykały szybko od morza w kierunku lądu. Wyższe wałowały się wolniej. Nad nimi jeszcze jedna o nieco jaśniejszym odcieniu burości. Wszystko wskazuje, że mamy tu porę deszczową. Tylko deszcz nie pada.
Wybraliśmy się z Wiesławem do "miasta", szumnie powiedziane, bo to dechami zabita wiocha. I to dosłownie. Wszystko pozamykane, część właśnie deskami obita.
Przez całą drogę do " centrum" były czynne ze dwie knajpy i żadnego sklepu. Dopiero koło 7/11 jest jakiś ruch. Gdy się wstanie w miarę rano, można tu kupić smaczne domowe śniadania za kilka złotych. Wołowinka z ryżem i warzywami kosztowała mnie 30 bht. Na drugie śniadanie torebia słodkich pierożków z kruchego ciasta i jestem wyposażony.
Na deser zjadłem ananasa. Jeśli w Bangkoku są słodkie, to ten był jak w cukrowym syropie. O smaku dojżałego mango nawet nie warto wspominać.
Plaża. Piękna, szeroka i pusta, oprócz nas nie ma w zasięgu wzroku absolutnie niczego. Poza górami śmieci, których poza sezonem nikt oczywiście nie sprząta. Pora na obiad, znów w jedynej czynnej knajpie nikogo nie ma. Kuchnia południa różni się akcentami od Bangkoku. Zamówiłem "sweet and sour" i było pikantne, nie za bardzo ale jednak. Zamiast słodkiej papryki użyli pikantnej. Przy okazji spadł deszcz, delikatna mżawka przez kilka minut.
Wieczorem idziemy do Mong Bar na imprezę. Tylko, że poza nami nkogo nie ma. Nawet Pana Monga. Jego pomocnik, zapytany gdzie impreza, pokazuje gdzieś w dół w zarośla. Pali się tam ognisko ale dalej nikogo nie ma. W końcu decydujemy się zobaczyć. To co braliśmy za Mong Bar to tylko przydrożna buda, gdzie Mong siedzi w dzień. Nocą otwierają prawdziwy. Długi na kilkadziesiąt metrów teren w stylu ostatecznej dekadencji. Pewnie lepiej tego w dzień nie oglądać. Za to w nocy jest zajebiście. Kolorowe światełka i lasery, jeszcze jedno ognisko i właściwy bar, za którym króluje osobiście Pan Meng. Zamawiamy napoje i "ticket to the moon". Muzyka gra, schodzą się ludzie. Ło będzie bal. Ale bez nas, jak na Phangan, impreza rozkręci się po północy, dla starszej młodzierzy stanowczo za późno. Para kaczor i suka pełni honory domu. Kaczor szczypie po łydkach klientów na barowych stołkach, dobrze, że siedzimy przy stoliku. Szkoda wychodzić ale oczy nam się zamykają.
Droga powrotna jakby dwa razy dłuższa, ale licząc przesiadkę na księżycu i tak nie jest źle. Do snu kołysze nas ocean. Jutro pogoda ma się zmienić. Obudzimy się to zobaczymy.



 
POPRZEDNI
POWRÓT DO LISTY
NASTĘPNY
 
Zdjęcia (3)
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
Komentarze (0)
DODAJ KOMENTARZ
 
Wjkrzy
Włodzimierz Krzysztofik
zwiedził 12.5% świata (25 państw)
Zasoby: 391 wpisów391 253 komentarze253 3081 zdjęć3081 34 pliki multimedialne34
 
Moje podróżewięcej
18.04.2019 - 21.04.2019
 
 
25.01.2019 - 09.02.2019
 
 
29.12.2018 - 01.01.2019