Geoblog.pl    Wjkrzy    Podróże    Birma    Na Rambuttri bez zmian
Zwiń mapę
2019
07
lut

Na Rambuttri bez zmian

 
Tajlandia
Tajlandia, Bangkok
POPRZEDNIPOWRÓT DO LISTYNASTĘPNY
Przejechano 10483 km
 
Na Rambuttri bez zmian. Poza tym, że jest bardzo gorąco i ludzi jeszcze więcej. Nie mam grzałki, to mam nogi. Szybkie mycie zębów i golenie a potem sprint do 7/11 po kawę. Tą samą co zawsze Moccona, 3in1, zielona. Mocna, aromatyczna, słodka. Od razu stawia na nogi.
I do roboty. Wszyscy lubią poczytać, co tam u nas wczoraj było. Ale samo się nie napisze, trzeba siedzieć i stukać. Odkąd mam ultrabooka, proces przebiega zdecydowanie sprawniej. Były czasy, gdy pisałem na smartfonie jednym palcem, to dopiero była mordęga.
Kopiuję wczorajsze zdjęcia i filmy na dysk, teraz mogę pisać. Gosia sobie pochrapuje, a ja wspominam wczorajszy dzień i przelewam go na bity zapisane na twardym dysku. Potem poszedłem kupić coś do jedzenia. Skończyło się na całej siatce. Nie ma zmiłuj, jadę po całości, nie omijam tego, czego nie znam. Wręcz przeciwnie, teraz pora na prawdziwe Tajskie żarcie, a nie te podróby serwowane na Rambuttri.
Na „dużej” ulicy, zwłaszcza do południa, można kupić niesamowite rzeczy. Nie mam odwagi pójść na całość, zawartość buchających parą kotłów, w większości ryby, sobie odpuszczam. Ale pieczone coś w liściu banana, to może być. Zwykle, był to ryż z czterema nadzieniami, bardzo mi to smakowało. Tym razem wylosowałem gorzej. Gdy rozwinąłem zawiniątko, w środku była pieczona ryba w kapuście, na ostro. Dałem radę, ale kapusta mi się ze dwie godziny odbijała.
Na wieczór kupiłem duże domowe ciasto. Wygląda na drożdżowe, pewnie ze słodkim nadzieniem. Ciasto było owszem drożdżowe, dość smaczne. Ale nadzienie z suszonych ryb, kompletnie mi nie pasuje. Gdy do niego dotarłem, plułem do kosza, aż się resztek tego pozbyłem Ohyda w czystej postaci.
Kawałek wieprzowej kiełbasy z białym proszkiem, czemu nie. Jak smakuje, później, bo jeszcze leży w lodówce. Małe, okrągłe pieczone placuszki, były warzywne. Bardzo smaczne, ale czerwony sos, uwaga, należy zachować szczególną ostrożność. To prawda, że ostre przyprawy wydobywają smak, ostatni zjadłem, polany na czerwono po całości. Pycha.
Zawinięte w surowy papier ryżowy, różności, wyglądają groźnie. Sześć sztuk, każda z czymś innym i zielony sos. Może być ciekawie. Było, mięso, podroby, warzywa, krewetki, wszystko smakowało. Sosu dodałem odrobinę, to ten sam co w zielonym curry.
Słodkie, kolorowe gluty, posypane wiórkami kokosowymi, deserek ale sos czerwony. Omlet z warzywami, delikatny, nic nie dowalone, jedna z niewielu tu potraw „no spicy”. A na koniec gotowego Pad Thai’a. No i wyszła cała torba.
Carpe diem, odchudzać się będę w domu.
Teraz leżymy na basenie, Gosia się smaży, ja w cieniu. Ale i tak koszmarnie gorąco, woda to ochłoda. Trochę się pomoczyłem, jest zdecydowanie lepiej. Nuda, nuda, dekadencja. Tylko jakoś mi tu smutno. A pamiętam, gdy nie mogłem sią tą atmosferą nasycić, gdy być tu, znaczyło. Teraz jednak znaczy mniej. Birma, bez tłumów turystów, bez całego tego anturażu, była bardziej autentyczna. Tu, w Bangkoku, jest kompletnie inaczej. I ci Polacy. Do tej pory spotykaliśmy raczej takich ludzi, jak my. Prawdziwych turystów, podróżujących po świecie dla wrażeń, łaknących tego samego co my, ot spotkania na szlaku. Zawsze było o czym pogadać, wymienić doświadczenia, porady. Ci, których tu pełno, to ten sort, co to do Egiptu, Dubaju i na Seszele. Całe rodziny, gromady, które przyjechały do Tajlandii na „wypoczynek”. Co nas z nimi łączy? Nic.
Wpadałem zawsze w melancholię przed wyjazdem, teraz też, ale inną. Wcale nie szkoda mi z Bangkoku wyjeżdżać, może już byłem tu zbyt wiele razy? Może już się tak bardzo z tym miejscem nie identyfikuję? Wszystkiego po trochu. Pewnie jeszcze nie raz tu przyjedziemy, ale na krótko, tylko jako przystanek w drodze. Coś się zmieniło, i we mnie i na Rambuttri. Czasem mam wrażenie, że jestem na deptaku w Hurghadzie, a to już zdecydowanie nie są moje klimaty.
Obowiązek wzywa, mamy kilka rzeczy do kupienia. Z licznych propozycji, wybieramy MBK, na więcej niż jedno miejsce nie mamy siły, kasy też nie bardzo. Jedziemy miejskim autobusem, linia 47, za niecałe dwadzieścia batów, dojeżdżamy na miejsce, po godzinie stania w korkach. Pieszo byłoby może nawet trochę szybciej. Ale nie w tym upale.
W MBK nie ma nawet dwudziestu stopni. Gosia ma sweterek, ja sobie poradzę, wreszcie nie będę się pocił. Świątynia zakupów, taki Szwegadon handlowy Bangkoku. Zamiast się modlić, ludziska kupują, kupują i kupują. Znak wartości, którym teraz hołdujemy. Zmiana samopoczucia przez „kup sobie coś”, daj sobie „nagrodę” za ciężką pracę. Ja sobie kompletnie nic nie kupiłem, ani tu, ani nigdzie. Mimo to, uważam ten wyjazd, za mój najlepszy w życiu. Tyle zyskałem, jak nigdy. Ja nie muszę już się „nagradzać”, zostałem nagrodzony bardziej, niż bym się mógł spodziewać. I znów mi smutno.
Na szóstym piętrze, w części poświęconej miejscowym wyrobom sztuki użytkowej, jest jedno, jedyne stoisko, gdzie można kupić zestaw nakryć na łóżko. Wielka kapa, dwie podłużne poszwy na poduszki, dwie na jaśki i bieżnik, wszystko z jedwabiu. Kupujemy tu za każdym razem, u tej samej Pani. Ona oczywiście nie pamięta, ale ja i owszem.
Kupiliśmy na wszelki wypadek dwa komplety, nie wiem kiedy nasze drogi tu nas znów sprowadzą, a zwierzaki w domu, niszczą nam te kapy dość szybko i sprawnie. Płacimy za nie po pięćset batów za sztukę. W Amazonie kosztują dwieście dwadzieścia dolarów. Tak Was robią. Do tego wymarzony, wielki obrus „świąteczny” na nasz stół i podobny dla rodziców, mniejszy bo stół mają mniejszy. Oba są piękne, po prostu piękne. W naszym domu wszędzie jest Tajlandia, w każdym pokoju, nawet w łazience, jest coś z tego kraju. Dobrze nam z tym, bo cząstka tej magii zawsze jest z nami.Teraz będziemy jeszcze mieli małą, nocną lampkę z Buddą, będzie nam dobry sen sprowadzać.
I na tym koniec, jest już noc, pora wracać do domu. Autobusem? Gosia proponuje Tuk-Tuka, łapiemy drania, oczywiście wykłócamy się o cenę i jedziemy. Być w Bangkoku, Tuk-Tukiem nie jeździć, to jakby tu nie być. My mamy to już oczywiście za sobą, ale czy nie można powtórzyć? Tym razem to była zupełnie inna jakość, szybcy i wściekli, dokładnie tak to wyglądało. Nie martwiłem się, że się zabijemy, martwiłem się, że to się skończy. Szalony slalom po nocnych ulicach Bangkoku, głośny i niski „klang” motoru, to była przejażdżka. Pod prąd, przez czerwone, slalom między samochodami, a wszystko w tempie, żadnych przestojów. Nic nam na szczęście nie wypadło, my też dojechaliśmy w środku. Brawo dla kierowcy, ale mądre to to zdecydowanie nie było, za to ekscytujące i owszem. Coś za coś, nie ma zabawy bez ryzyka. I znów coś szczególnego w tej podróży, czasem są to rzeczy wielkie a czasem drobiazgi. Ale, jeśli to podróż życia, to wszystko powinno być wyjątkowe. I jest, mam w sobie pewność, że coś z nami jest, coś nas prowadzi, daje nam szczodrą ręką. To nie jest splot przypadków, gdy Ci się wszystko udaje i układa. Nawet gdy pojawiają się trudności, natychmiast same się rozwiązują, bez większego wysiłku z mojej strony. Rzeka nas niesie, opiekuje się nami, dzięki Ci rzeko za Twe hojne dary.
Dobranoc.

 
POPRZEDNI
POWRÓT DO LISTY
NASTĘPNY
 
Zdjęcia (8)
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
Komentarze (0)
DODAJ KOMENTARZ
 
Wjkrzy
Włodzimierz Krzysztofik
zwiedził 12.5% świata (25 państw)
Zasoby: 390 wpisów390 253 komentarze253 3081 zdjęć3081 34 pliki multimedialne34
 
Moje podróżewięcej
18.04.2019 - 20.04.2019
 
 
25.01.2019 - 09.02.2019
 
 
29.12.2018 - 01.01.2019