W Europie kolejny atak zimy, pozamykane lotniska, odwołane loty, apokalipsa lotniczo podróżnicza. A my właśnie spokojnie jedziemy sobie taksówką przez zaśnieżoną Warszawkę prosto na Okęcie, a co tam. Przed wyjazdem sprawdzam prognozę pogody i ... na 9:00 w Warszawie spodziewane intensywne opady śniegu z tendencją do zawiei i zamieci. Pysznie, bo o 9:30 mamy lecieć. Udało nam się dojechać przed "snow storm" . Robimy tradycyjne zdjęcia przed drzwiami z napisem "Departures" i załatwiamy miejscówki. Teraz pozostaje tylko czekać, ewentualnie modlić się, żeby nasz ptak jednak odleciał. Pierwsza dobra wiadomość to to, że przyleciał z Monastiru więc jest szansa, że odleci. Starty na szczęście mogą się odbywać nawet w złych warunkach. Na tablicach co trzeci lot odwołany ale na razie dotyczy to kierunków europejskich. Nie przyjmują wielkie porty w Wielkiej Brytanii i Niemczech, kompletny paraliż. Za oknami już się zaczęło "białe szaleństwo", momentami nic nie widać. Po pasie non stop zasuwają pługi, na szczęście w tym wypadku Warszawka lepsza od Londynu, tam wszystko zamknięte bo spadło 15 cm śniegu. U nas na szczęście to pikuś, to jedna z tych nielicznych chwil, gdy to my jesteśmy górą. Znalazłem nasz samolot, pakują go bagażami, będzie dobrze. Trochę się to przeciągnęło ale w końcu nas zapakowali. Jeszcze tylko kurs do stanowiska odlodzenia i startujemy. Pan pilot bierze kurs na południe, po pokładzie uwija się dobrze opalona załoga, jedziemy na wakacje. Mamy straszny sentyment do Tunezji, może dlatego, że to był nasz pierwszy egzotyczny kraj, a może po prostu dlatego, że jest blisko i fajnie. Jakby nie patrzeć to nie pierwszy i na pewno nie ostatni nasz wyjazd do tego sympatycznego kraju. Prognozy pogody są nie najgorsze więc pałaszujemy śniadanko i czujemy się z godziny na godzinę coraz lepiej.